|
Podróże po Azji w miejsca znane i mniej znane
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Po poczytania
Warte uwagi
|
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Poranek w zachodniej stolicy
Śniadanie 12:00! Zmęczone powieki leniwie podnoszą się by pozwolić oczom na rejestrowanie rzeczywistości. Pusty talerz, bułka, szkalnka wody, gwar kawiarni, dalikatnie grająca muzyka. Jestem w Morgenrocie ale co chwila przenoszę się do przywoływanych przez mózg obrazy wczorajszej nocy. Trąbki, megafon, 2 gigantyczne żaby, znajoma twarz, turecka kafejka internetowa, odciśnięty na twarzy ścieg ręcznie robione czapki, suchość w ustach, zapach papierosów. Deja vu! Naprzeciwko mnie dosiada się człowiek z przyszłości. Sam o tym nie wie a ja widzę go już 4 raz! Szczypiące oczy powoli łapią ostrość a pióro zacina się jak myśli. Taniec, ból, smech, pizza, irytacja, zmeczenie, ruch, żaby, warkocze, czerwone okulary, klawiatura, kawa, papierosy, urocza turczynka, błędne koło. Pojedyńcze słowa przywołują całe obraz, ruch, dzwięki, sekwencyjnie odtwarzają zaprzeszłą rzeczywistość. Lenistwo, senność, nie kontroluje czasu, podnoszę głowę! Wchodzi, wita się, wychodzimy, uderzenie zimnego powietrza, ruch ... ruszamy na pchli targ i dobrą kawe!
piątek, 09 października 2009
Bazar pradziadkiem supermarketu
Ustał gwar Izarawszańskiego bazaru. Za oknem słychać cicho grającą tadżycką muzyke. Nie rozumiejąc dziwnego dialektu mogę się tylko domyśleć że to pieśń o miłości do ziemi oraz ballady o wolności. Jest 2 a ja skonany trafiłem do małego hoteliku schowanego za górami arbuzów wygrzewających się w palącym słońcu południa. Pierwsze bazary pochodzą z 4 w n.e. i powstawały na głównych szlakach handlowych Bliskiego Wschodu. Od zarania dziajów wchodziły w skład najściślejszego centrum lokalnej społeczności i był obok lokalnego meczetu (będącego najczęściej integralną częścią bazaru) najważniejszym miejscem spotkań, wymiany informacji, kupna i sprzedaży towarów oraz zalążkiem spisków i intryg. Miejscem pełnym kameralnych pijalni herbaty zlokalizowanych w prawie każdym zakamarku tego wiecznie żywego organizmu. Bazar mozna by powiedzieć jest protoplastą wspołczesnego supermarketu czy tez molu handlowego. Robi sie nienaturalnie cicho. Spogladam na zegarek wyświetlający 3:48 rano, za nadal ciemno, gdy nagle rozbrzmiewa poranny azan (muzułmańskie wezanie na modlitwe). Ciarki przechodzą po plecach, a przed oczyma staja obrazy z baśni tysiąca i jednej nocy. Chesz posłuchać azan i poczuć sie jak ja? Podkręć głośniki i kliknij http://www.muslimbridges.org/index.php?option=com_content&view=article&id=188:the-muslim-call-for-prayer&catid=18:understanding-islam-a-muslims&Itemid=103
sobota, 03 października 2009
Rozmowy w drodze
Co kilka kroków ktoś posyła przyjazny uśmiech zapraszając do siebie na stołek by porozmawiać, popytać, posłuchać, pośmiać się. Wypijamy przy tym kolejną herbatę, kompot zagryzając arbuzem, słodyczam oraz chlebem. Gdzie nie przychodzę ludzie odpowiadają uśmiechem za uśmiech, wypytując skąd? dlaczego? po co? Z upływem czasu gdy inni widzą że rozmowa sie zawiązała i jest zabawnie (nie rzuciłem się na mojego rozmówcę z ostrymi pazurami) coraz to nowi rozmówcy i słuchacze podchodzą czując się pewniej w grupie. Większość z nich to Tadżycy, Uzbecy, Afgańczycy oraz Rosjanie żyjący w tym tyglu już o wielu pokoleń. Żółto czarny plecak jest jakby wizytówką, którą często noszę ze sobą zawsze gotowy na nieoczekiwany zwrot wydarzeń, gdy zamiat zgodnie z planem udać się na południe przyjmując czyjeś zaproszenie jadę w przeciwnym kierunku. Kolejny raz ktoś woła machając ręką z uśmiechem na twarzy. No cóż nigdzie mi sie nie spieszy, nie mam dalszego biletu, programu zadań. Jest cel, ale nie ma ściśle określonych ram czasowych ani wytyczonej drogi co pozwala mi na spokojne zatapianie się w miejsce do którego docieram. Siadam więc z handlażem paszą i juz po chwili otoczeni jesteśmy wiankiem ciekawskich mężczyzn. Po krótkiej rozmowie dowiaduję się miedzy innymi że ktoś w 1984 służył w Borne Sulinowie i jedyne co pamięta to Pan, Pan, Pan, ktoś może mnie przenocować, inny w razie kłopotów rozwiązać każdy problem a jeszcze inny opowiada o niuansach życia w mieście. Robi się juz powoli późno i wszycy zaczynaja zamykać swoje stragany by udać się na wieczorną modlitwe. Dowiaduję się jak dojechać do kilku interesujących mnie miejsc i z prawą ręką na sercu żegnamy sie by ruszyć swoją drogą.
wtorek, 22 września 2009
W krainie Aleksandra Wielkiego
Przysiadłem na obrośnietych, skąpanych w południowym słońcu nadszarpniętych zębem czasu murach. Rozejrzałem się dookoła i poza szczątkami obwarowań pozostało już niewiele z chwały sogdaiańskiego fortu, szturmowanego niegdys przez Aleksandera Wielkigo. Najprawdopodobniej to właśnie z tych okolic pochodzi jego słynna żona Roxana. Widok z murów fortu jest niesamowity i gołym okiem widac oddalone o dziesiątki kilometrów góry. W jednej chwili zdaję sobię sprawę z przewagi jaką maiła załoga fortu w tak niedostępnych terenach nad swoim przeciwnikiem. Czytam "Aleksandra Wielkiego" Petera Green'a, odrywam kolejny kawałek chleba i popijam gorącą słodką herbate z podręcznego termosu. Chleb jeszcze ciepły i wieżutki dopiero co kupiony na bazarze parzy w ręce. Tuż za mna fragment porzuconych wykopalisk porośnięty zielskiem, kolejny łyk herbaty i niesłychana słodycz wypełnia mi usta. Zamykam oczy i pozwalam by silny gorący wiatr owiewał moją twarz. Sam fakt siedzienia tutaj to niesamowity dla mnie przywilej. Wysuszona wysoka trawa delikatnie szumi a z oddali dochodzi co jakiś czas dzwięk silnika samochodu. Dziwne to miejsce, ale jakże fascynujące. Dla jednych kupa gliny dla innych dotkniecie niemożliwego.
poniedziałek, 21 września 2009
Krwawy Iran tylko dla dorosłych
"To jest to, co działo sie na ulicach w Iranie po tegorocznych wyborach prezydenckich. Kecilem to ja, moi przyjaciele i znajomi moich przyjaciół. Niech świat zobaczy, jak wyglądał Iran po wybirach..." czytaj więcej na www.loswiajeros.pl
czwartek, 17 września 2009
Młody muzułmanin
Arszana poznałem na jednym z mało uczęszczanych przejść granicznych, podczas negocjacji za przejazd do najbliższego miasteczka, z którego mógłbym już ruszyć w dalszą drogę publicznym autobusem. Po krótkich acz burzliwych negocjacjach wsadłem do rozpadającego się samochodu tuż obok Arszana, którego imienia wówczas nie znałem. Arszan okazał się Bogobojnym, prawym i żarliwym muzułmaninem, który właśnie jechał na pogrzeb jednego ze swoich kuzynów. Przez większość drogi próbował usprawiedliwić nieuczciwych kierowców z którymi musiałem się ostro targować. Zaskakująca była energia jaka od niego biła, energia z którą mówił o miłosierdziu oraz potrzebie patrzenia na ludzi przez pryzmat wyznania i nacji a tego jacy są. Spędziliśmy większośc popołudnia na odwiedzaniu miejsc i zakamarków w których Arszan się wychował, przeskakując z jednego końca misteczka na drugi. Po kompieli w rzece Arszan zorientował się że zgubił numer telefonu i adres do Afgańskiej dziewczyny w której się kochał. Wyjeżdzając na 2 lata nauki za granice obiecał regularnie do pisać aż do momentu swojego powrotu. Miasto które opuścił nie znajduje się daleko, jednakże dla niego i wielu młodych cene przejazdu (10USD) praktycznie uniemożliwia taką wyprawe. Mając w kieszeni 2 USD postanowił wrucić by znów poprosić dziewczyne o adres. Nie wieżyłem! Nie posiadał telefonu i nie było innej możliwości by go odzyskać jak tylko pojechać z powrotem. Długo chodził koło tematu i w końcu poprosił o pożyczkę 10 doalrów. Normalnie nie rozdaje kasy ale w jego wypadku czułem że nie mogę mu odmówić. Dobilismy targu Arszan bedzie się modlił za mnie i bezpieczeństwo w podróży a ja jeśli wrócę tu kiedyś ugości mnie herbatą i chlebem.
środa, 16 września 2009
Blondynka w Azji Centralnej
Pijemy gorącą cherbate spoglądając na błękitne wody słodkowodnego jeziora. Wysunięty tarasik na którym siedzimy osłaniają śliwy oraz dzrewa morelowe podczas gdy wszytktko skąpane jest w piekielnym słońcu. Naprzeciwko 2 mężczyzn leży nieruchomo na ukrytej w cieniu platformie wyłożonej dywanami popijając herbate i zagryzając chlebem. Pojawienie się kelnerki wyrywa mnie ze stanu zamyślenia. Bladolica dziewczyna imieniem Maria w pokręconych blond włosach przyjmuje zamówienie na barsz, chleb i arbuza, po czym znika w dyniacej się kuchni. Jestem trochę zaskoczony jej urodą jako że jesteśmy w Azji Centralnej. Z pewnością wieloletnia obecność wojsk radzieckich doprowadziło do wymieszania się krwi oraz asymilacji niektórych żołnierzy którzy postanowili budować sobie życie w tej części dawnego Imperium. Słońce pali niemiłosiernie tak że aż strach wychodzić z cienia. Spocone ciało spod klejąceo plecaka błaga o orzeźwienie, krzyczy by zbiec z nasypu i rzucić się w przeżroczystą orzeźwiającą wode. Mija godzina i decydujemy się z Aszanem (Uzbek - matka tadżyczka, ojciec uzbek, paszport rozyjski!!!) za wygraną i ruszamy na wyłaniającą się przed nami małą plaże. zostawiamy wszytkie nasze rzeczy gdzieś na brzegu ukryte w kamieniach i wskakujemy do chłodnej wody. Pływamy przeszło godzine co jakiś czas ścigając się na krótkie dstanse. Jest cudownie, pięknie, wspaniale!!! Robie kilka fotografii i zakładam plecak na którym suszy się krama (rodzaj wielofunkcyjnej bawełnianej chuty). Przy pomniku Lenina łapiemy mikroauobus i jedziemy Aleksandrii Kresowej połozonej nad legendarną rzeką Jaksartes zwaną również Syr-daria.
poniedziałek, 14 września 2009
Wiatr
Kierowca kciukiem lewej ręki trzyma odciągnięty pas bezpieczeństwa, który z powodu temperatury przykleja się do ciała. Pasażerki siedzące obok ubrane w tracycyjne jedwabne sukienki powoli odpływają w objęcia morfeusza. Z powodu panującej spiekoty wszystko robi się senne i prubuje zamilknąć w bezruchu. Wyprzedzamy kolejny samochód zapchany po brzegi towarami i ludźmi. Jest bosko! Gorący wiatr szumiący przez półotwarte okno smaga włosy i twarz powodując dziwne odrętwienie i zesztywnienie skóry twarzny. Popijam gorącą mocnosłodzoną herbate z zielonego termosu przegryzając tradycyjnym chlebem Nan ozdobionym wspaniałymi wzorami powstającymi w wyniku nakłuć specjalnymi stęplami. Na polach wzeszła już bawełna i wygięte jak pałąki kobiety osłoniete jedynie wilobarwnymi wysłużonymi hustami obrabiają grządki prymitywnymi motykami. Spoglądam na termometr wskazujący grubo ponad 40 stopni w cieniu i przecieram oczy ze zdumienia. Mijamy kolejny policyjny punkt kontrolny za którym podziwiam wysepke uliczną na kturej zbudowano skalnik i wszystkie kamienie pomalowali na zielono i niebiesko porzucając nadzieje na jakikolwiek cień szansy wychodowania czegokolwiej na tym pustkowiu ... kierowca dociska gazu a ja smagany wiaterem przymykam oczy i zasypiam
sobota, 13 czerwca 2009
czwartek, 02 kwietnia 2009
Wiercipięta
Obrót w prawo, obrót w lewo, długa stroną w poprzek, zszyciem do góry, ukosem, na sztorc a może wcisnąć tą przeklętą poduszkę w szpare, w która zapada się jej kręgosłup. Ciągle kiwa głową z niedowieżaniem. Przecież zapłaciłam za bilet, dlaczego jest tak niewygodnie. Wiercąc się i przeklinając pod nosem, odlicza juz każdą minute a co jakiś czas próbuje przemówić do Khmera, który siedzącego na cześci jej miejsca. Dokad Jedziesz? Siedzisz na moim miejscu! Pokaż na mojej mapie dokąd jedziesz (tylko nie mów że do stolicy Phnom Penh)? Pokaż mi Palcem bo jak bedzie za daleko to mnie chyba krew zaleje! Rozumiesz po angielsku? Na wszytkie odpowiedzi przybysz grzecznie odpowiada usmiechem i kiwaniem głową bo po prostu nic a nic nie rozumie. No bo dlaczego niby miałby się uczyć w swoim własnym kraju po jakiemuś tam angielsku. A nawet jeśli chciałby to zapewne go nie stać! W całym rozpadającym sie vanie, który był jedyną alternatywą sprawnego dojazdu w głąb kraju mieliśmy może 2 nadprogramowych pasażerów i nie więcej jak tone desek pod nogami, a tu część Bakpackersów pisze juz petycje by wpisano ich do ksiegi rekordów. Mało tego czuja że zaraz umrą, robią sceny i przeklinaja pod nosem. Mnie to wszytko bawi, śmieszy, rozwesela. Nie żebym był tak do końca czubkiem, ale aby w pełni cieszyć się podróżą w takich warunkach trzeba je z góry akceptować i zamista z nimi walczyć wystarczy wyłączyć nasza Europejska miarke, maniery i wtopic sie w rzeczywistość. Kilka spojrzeń pozwala by zrozumieć że wiekszość tutejszych pojazdów przewozi co najmniej 300% wiecej towarów i ludzi niż jego bracia z Europy. 6 osób na skuterze, 12 w sedanie (wliczając dach), 40 w minivanie z 3 motorami na dachu .... To nie kpiny! Kupujemy bilet na środek lokalnego transportu typu pick up, minivan, lokalnego powiadam a nie wynajętego wyłacznie dla turystów i wyglądającego jak publiczny. Dobrze zatem zapraszam zatem do środka i witam w Kambodży. Muaaaaaaaa
środa, 01 kwietnia 2009
Trans Asia
Kolejna osoba sprzedaje co ma by ruszyć w świat realizując swoje marzenia. Wiem ze lodówki nie sprzedał on, bo sluży mu jako regał na książki i szafka na inne duperele. Traska jaką zamierzają przejechać jest imponująca i zapewne będą musiali wyrzucić gigabajty zbednych informacji by pomieścić w głowach to co spotkają na drodze. Darek i Ela, czyli nowi wielcy podróżnicy, którzy w tym roku postanowili spełnić swoje marzenia i ruszaja w droge! Zapraszam do lektury http://www.klubpodroznikow.eu/transasia
poniedziałek, 09 marca 2009
Granice i łapówki
Przekraczanie granic między wybranymi krajami to niezła przygoda i -„Wiecie, co panowie. To ja sobie pójdę na piechotę!”
sobota, 28 lutego 2009
Podwodne królestwo
Zdążyłem w samą porę bo kilka godzin po odjeździe naszego autobusu pod wpływem ulewnego deszczu zawalił się drugi pas drogi, odcinając tą część wybrzeża od reszty kraju. Deszcz zaczął padać dzień wcześniej i przypominał nieustanny strumień wody, który spływał zboczami górek. Jak zawsze bywa w starciu człowieka z przyrodą ta druga wygrywa praktycznie zawsze i systematycznie zmierza do celu usuwając obce ciała na swojej drodze - w tym przypadku okazała się to być niefortunnie wytyczona droga. Widziałem już ofiary tej walki w północnym Laosie gdzie Chińczycy budują darmowe drogi w celu stworzenia ciągu komunikacyjnego północ - południe, którymi to Chińczycy wywożą i wwożą surowce i gotowe produkty. Niestety drogi te są budowane na szybko i bez poszanowania Matki Natury i pomimo, że wyglądają solidnie w rzeczywistości nie wytrzymują nawet jednego sezonu. Lawiny błotne zalewają, podmywają i odrywają całe odcinki dróg paraliżując komunikacje drogową. Sam widziałem wiele miejsc przez, które trzeba było pchać autobus bo ślizgał się na rozlanej mazi. Człowiek brodzi w błocie po kostki jak nie wyżej i pcha to ogromne cielsko byle do przodu wdychając spaliny paliwa rakietowego.
Ale my tu gadu - gadu, a tam wątek ucieka. Po pobycie w dżunglii przyszedł czas na kolejną przygodę tym razem pod wodą. Miejsce do którego dojechałem jest przez wielu nazywanym jednym z 3 najpiękniejszych miejsc na świece jeśli chodzi o nurkowanie. Postanowiłem zaszaleć i zakwaterowałem się na wyspie Mabul w jednym z domów gościnnych. Jak się dowiedziałem była to już jedna z ostatnich okazji gdyż za roczek będzie moża się zatrzymać tylko w jednym z 4 bardzo drogich resortów. Na wyspę płyniemy łodzią z dwoma silnikami Yamahy, które tną wodę jak brzytwa i skracają podróż do jednej godziny. Jeszcze dobrze bambetli (rzeczy) nie wypakowaliśmy a już słyszę historię o wczorajszej imprezie i dwóch Polaków, którzy nieźle tańcowali i śpiewali podczas codziennych urodzin jednego z instruktorów (chłopak przychodził codziennie mówię wam CODZINNIE z 5 flaszkami filipińskiego rumu i mówił, że dzisiaj ma urodziny). Jak sami się domyślacie było wesoło ale niestety ja nie mogłem za dużo wypić bo nurkowanie i używki nie lubią się za bardzo. Na początek wykonałem kilka nurkowań w okolicach wyspy Mabul i musiałem trzymać regurator w buzi bo szczęka opadała mi co kilka minut. Mureny wpływające zachowawczo do swoich nor, rybki Nemo chowające się w falującym miekkim koralu, kałamarnice zmieniające kolor lepiej od najlpszego z najlepszych kameleonów oraz setki ryb, których nawet nazw nie pamiętam pływały dosłownie w zasięgu ręki. Ryby których kamuflaż do złudzenia przypominał wzory z mundurów pustynnych jednostek specjalnych armii amerykańskiej przypomina nam że to my ludzie kopiujemy doskonałe wynalazki przyrody a nie na odwrót. W rafie spały żółwie nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na naszą obecność. Można było podpłynąć i dotknąć takiego delikwenta jeśli tylko by się zechciało, no bo czemu nie skoro już leży, nie ucieka i nie ugryzie. No właśnie. Jak widziałem nurków, którzy dotykali te wspaniałe zwierzęta to od razu po łapach pałą. Taki wymacany żółw z pewnością sobie odpłynie gdzieś dalej tak żeby go już nie molestowano i następnym razem już niczego tak wspaniałego nie zobaczymy.
Jednego razu prawie zawału dostałem jak mój instruktor pokiwał mi żebym się odwócił! Dosłownie 2 metry ode mnie płynał samiec żółwia, nie jakiś tam żółwik z akwarium! Potwór! Osobnik ponad 2 metrowy tak zgrabnie odpychał się łapami, że zaczarował mnie zupełnie i przez kilkanaście sekund płynąłem na równo z nim czując ogromny respekt i satysfakcjie z dostapionego zaszczytu. Niestey nawet taki olbrzym może bardzo łatwo i szybko zakończyć swój żywot połykając najzwyklejszą foliówkę, która dla niego wygląda jak meduza. Po kilku dniach żółw opada na dno i po prostu umiera a po kilku następnych kilku dniach zostaje z niego tylko pusta skorupa.
Nie myślałem, że po tych doświadczeniach coś mnie może jeszcze zaskoczyć tak jak żółw olbrzym. A jednak okolice wyspy Sipadan nie zawiódły. Wskoczyliśmy do wody jakieś 70-100 mentrów od brzegu pełni oczekiwań, które nie zostały zwiedzione. Zaraz pod woda znajdowała się rafa, która w pewnym momencie kończyła się 600m klifem!!!! Zeszliśmy na około 22 metry i po drodze w dół podziwialiśmy jak zawieszeni w powietrzy nad przepaścią niezwykle bujną rafę. Po chwili obróciłem się w stronę bezkresnego ciemnogranatowego oceanu i poczułem się jak mały Nemo, który dotarł na skraj rafy, za którą otwierała się przed nim nieograniczona przestrzeń, wolność, przygoda i niebezpieczeństwo. Spojrzałem do góry w stronę jaśniejszego błękitu i musiałem przedmuchać maskę żeby dobrze zobaczyć. Jakieś 15 metrów nad nami pływało kilka rekinów, które polowały na skraju rafy. Wrażenie niesamowite, wisisz jak w próżni nad 600 metrową przepaścią i spoglądając w górę obserwujesz rekiny! Zdarzyło się również z 2 razy, że rekin przepływał na wysokości oczu jakieś 5-10 metrów ode mnie. Pojawiały się i znikały dość szybko i musieliśmy się nieźle orientować w 3 żeby za wszystkim nadążyć. Miedzy godzinnymi nurkowaniami mieliśmy zawsze przerwę na jakieś jedzenie, rozprostowanie kości i co najważniejsze pozbycie się nadmiaru Nitrogenu zgromadzonego podczas nurkowania.
Wieczór jak to wieczór - urodziny instruktora i kilka flaszek filipińskiego rumu. |